Niezidentyfikowany gatunek
Walc z Bashirem dał mi dużo przyjemności jako jedna z niewielu sytuacji w kinie, gdzie film i jego twórca - osądzając po rozmowie z reżyserem po seansie - przerastają dużą część publiczności, o co akurat nie tak trudno w weekend na WFF, gdzie widownia na 'odkryciach z Cannes' czy filmów opisanych jako 'fuzje postmodernistycznego intelektualizmu z poetycznym realizmem wielkiego miasta oraz prywatną podróżą reżysera wgłąb własnego Ja' są pełne pewnego szczególnego typu osób, przez mieszkańców rubieży naszego kraju trafnie podsumowywanych jako 'warszawiaków'. Brawo za odwagę: raz za trudny w lewico-lieberało-fobowym Izreaelu temat, dwa za oryginalność formy - wyobrażacie sobie, przez co trzeba było przejść, by uzyskać zielone światło i finanse dla tego projektu? 'No więc, film ma być oparty na moich doświadczeniach z pierwszej wojny libańskiej i opowiada o masakrze palestyńczyków. To będzie dokument, z wywiadami z ludźmi, którzy podzielą się nami wspomnieniami o tych wydarzeniach, ale animowany - takie skrzyżowanie "A scanner darkly" z "Killing Fields" w formie dokumentu. Rozumiecie?'
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook